Szukaj

Gdy myślimy o twórczości Edwarda Dwurnika, jednego z najwybitniejszych i najpłodniejszych polskich artystów ostatnich dekad, na myśl przychodzą ukazane z lotu ptaka miasta, barwne portrety mieszkańców Polski Ludowej, mroczne sceny z czasów stanu wojennego oraz rzędy czerwonych i żółtych tulipanów. Kiedy jednak przyjrzymy się bliżej dorobkowi malarza, okazuje się, że w zdecydowanej większości jego prac pojawia się ludzka twarz. Ukazywana na wiele różnych sposobów, mniej lub bardziej szczegółowo, pozostaje zawsze czytelna i istotna. Dotyczy to zarówno obrazów na płótnie, jak i prac na papierze. To człowiek i różnorodność ludzkich emocji najbardziej interesowały artystę, który swoją twórczością „pragnął wystawić pomnik” zwykłym ludziom. Zainteresowanie to podziela również Apolonia Dwurnik, uczennica Edwarda, a prywatnie jego córka. Właśnie o tym wspólnym zainteresowaniu opowiada wystawa prac Apolonii i Edwarda Dwurników w Galerii Rzecznej w Rybniku.

Punktem wyjścia dla rybnickiej prezentacji jest seria wczesnych autoportretów Edwarda Dwurnika wykonanych ołówkiem na niewielkich kartkach papieru w 1966 roku. 

Dwudziestotrzyletni wówczas artysta przygląda się sobie w lustrze i krótkimi niecierpliwymi pociągnięciami ołówka odwzorowuje na kartce swoje rysy, fryzurę, koszulę, w którą jest ubrany i rysującą rękę. Kameralne autoportrety ukazują uczącego się warsztatu studenta warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Powstały w tym samym czasie malarski autoportret utrzymany w ciemnych zieleniach stanowi swoiste podsumowanie ołówkowych szkiców. Obraz został namalowany z wyczuwalnym mozołem, wielowarstwowo, gęstą farbą, bez lekkości i swobody, które pojawią się w późniejszych pracach.

Portret i studium twarzy od zarania należą do podstawowego repertuaru nauki rysunku i malarstwa. 

Nic więc dziwnego, że we wczesnej młodości autoportret i portret zajmują ważne miejsce w dorobku artysty. Dwurnik nie traci ani chwili, cały czas rysuje. Kiedy jest sam, rysuje siebie, a gdy przebywa wśród ludzi, rysuje właśnie ich. Szkicuje sceny na uczelni i w kawiarni, studentów podczas plenerów i matkę w kuchni. Pełnym wdzięku przykładem tych plenerowych portretów jest seria rysunkowa z 1967 roku zatytułowana „Ewa i Przemyk”. Wizerunki Ewy i Przemysława, z którymi Edward Dwurnik studiował i się przyjaźnił, są jednocześnie czułe i precyzyjne. Młodzi adepci ASP, uchwyceni jakby mimochodem, podczas swobodnej rozmowy, stają się dla Dwurnika pretekstem do poszukiwania wizualnego języka, którym będzie mógł opowiadać o człowieku.

Tych wizualnych opowieści powstaje wiele. Na wystawie prezentujemy rysunki z trzech cykli z lat siedemdziesiątych: „Moi bohaterowie”, „Spojrzenia” oraz „Frustracje”. Sportretowani na nich ludzie są ukazani już bardziej schematycznie i ekspresyjnie. Artysta korzysta ze zdobytego doświadczenia i na bazie wcześniejszych obserwacji modela tworzy wyobrażone typy ludzkie. Do kompozycji wprowadza także kolor, dynamizując całość. Mężczyźni i kobiety różnią się nie tylko rysami i fryzurami, lecz także przeżywanymi emocjami. Jest tu sugerowana już przez tytuł jednej z serii frustracja, ale dyskretnie zaznaczone zostają również m.in. złość, zazdrość, antypatia, rozbawienie, zdziwienie czy zaciekawienie. Zbiór rysunków staje się rodzajem łamigłówki, w której kolejnym postaciom możemy przypisywać różne emocje i samodzielnie odgadywać, o czym opowiada artysta.

Dwurnika interesowała kondycja społeczeństwa, ujawniająca się w indywidualnych historiach. 

Dlatego wplatał historie i portrety konkretnych osób w większe cykle tematyczne oraz bardziej złożone kompozycje malarskie. Na wystawie praktykę tę sygnalizuje obraz „Jerzyk i Elza” z 1991 roku, należący do cyklu „Sportowcy”. To prosta scena rodzajowa: znajomy malarza, niejaki Jerzyk, został sportretowany przy pracy; napełnia gazem syfony. Obok niego stoi kobieta w czerwonej sukience z małą dziewczynką, z którą zapewne właśnie wróciła ze szkoły.

W dorobku artysty prominentne miejsce zajmuje cykl malarski zatytułowany po prostu „Portret’’. To popis wnikliwej obserwacji modela i malarskiego talentu. Bo w tej fascynującej serii artysta zatrzymuje na płótnie nie tylko fizys i psyche modela. Za każdym razem po zakończeniu zadania portrecisty chwyta cieńszy pędzel i na tym samym płótnie w wolnym miejscu zapisuje imię i nazwisko modela / modelki oraz wszelkie podane mu ważne fakty dotyczące danej osoby. Na portrecie Anny Gierzyńskiej, teściowej artysty, czytamy zatem, że jest związana z czterema miastami („Krakowianka, Warszawianka, Rypinianka, Torunianka”), a na portrecie jej męża Kazimierza, że jest adwokatem i ma 64 lata. Wszystkie te i inne informacje, odręcznie precyzyjnie napisane w przestrzeni właściwego portretu z jednej strony dopowiadają i dookreślają główny temat czyli konkretną jednostkę, która ma nie tylko twarz i ubiór, lecz także imię, nazwisko, wykształcenie, zawód, rodzinę, hobby, etc. Z drugiej strony liternictwo dekoruje i uwspółcześnia niemalże XIX-wieczne portrety, którymi byłyby te obrazy bez tego elementu.

Jednakże w późnym okresie twórczości Dwurnik maluje szereg portretów uproszczonych i ekspresyjnych, pozbawionych rozbudowanej warstwy tekstualnej. Na wystawie prezentujemy dwa autoportrety z 2007 roku oraz trzy monochromatyczne portrety wybitnych pisarzy z 2005 roku (Margaret Atwood, Marguerite Duras, Joseph Conrad). Są tu także dwa portrety grupowe z lat dwutysięcznych: „Piramida” oraz „Dunin Masłowska”. Należą do nieformalnej serii wizerunków różnych osób trzymających się nawzajem na rękach (cykl „Dwudziesty piąty”). Zgodnie z charakterem rybnickiej wystawy występuje tu motyw rodzinny: na pierwszym widzimy żonę artysty Teresę trzymającą na rękach męża, na którego ramionach siedzi córka Pola. Na drugim warszawski wydawca i literaturoznawca Paweł Dunin-Wąsowicz trzyma na rękach pisarkę Dorotę Masłowską.

Wystawa jest prezentacją wybranych realizacji portretowych Edwarda Dwurnika oraz Apolonii (Poli) Dwurnik. 

Pola znana jest rybnickiej publiczności jako autorka historii rysunkowej „Pan Marcin”, którą pokazała w 2019 roku w Teatrze Ziemi Rybnickiej na wystawie „Dziewczyna z Rybnika”. Było to 31 rysunków opowiadających o spotkaniu z poetą Marcinem Świetlickim w katowickim Jazzklubie Hipnoza. Głównym elementem tych prac był komiksowy autoportret artystki. Wystawa w Galerii Rzecznej rozwija ten wątek. Na autoportretach, wykonanych w 2025 roku w tej samej co „Pan Marcin” technice gwaszowej, Apolonia mocuje się z własnym wizerunkiem. Podobnie jak jej ojciec sześćdziesiąt lat wcześniej, analizuje odbicie w lustrze, ale jej podejście różni się od skromnych autoportretów Edwarda. Apolonia stroi miny, szczerzy zęby, wystawia język i wytrzeszcza oczy. Bo to wizerunki dojrzałej, prawie 47-letniej artystki, która z łobuzerską dezynwolturą bawi się prastarym tematem. To samo niegrzeczne podejście odnajdujemy w późnych autoportretach Edwarda. Ale gdy cofniemy się w czasie do „Autoportretu Apolonii w wieku 19 lat”, ujrzymy tę samą pokorną uwagę, z jaką Edward rysował siebie w 1966.

Prawdziwą „galerią portretu” pędzla Poli Dwurnik jest seria „Dwunastu mężów Apolonii” z lat 2014-2019. 

Jest to dwanaście męskich portretów uosabiających dwanaście kolejnych miesięcy (od stycznia do grudnia), dwanaście etapów ludzkiego życia i dwanaście stanów umysłu. W tych różnorodnych wizerunkach można odnaleźć liczne odwołania do zachodnioeuropejskiej historii malarstwa portretowego, a także wiele motywów z popkultury. 

Jeszcze liczniejszą galerią portretu warszawskiej artystki jest tworzona przez nią od 2008 roku seria malarska „Główki”. Składają się na nią bardziej lub mniej stylizowane olejne autoportrety i portrety różnych osób w niewielkim kwadratowym formacie 30 x 30 cm. Na wystawie pokazujemy osiem z nich.

Motywy fantastyczne i literackie, typowe dla malarskiej twórczości Poli Dwurnik znajdziemy także w jej działalności portretowej. 

„Pokłon zwierząt” (2015) to trawestacja ryciny Wilhelma Kaulbacha ilustrującej poemat Johanna Wolfganga Goethego „Lis Przechera”. Na królewskim tronie widzimy czarownicę Alcynę, adorowaną przez zwierzęta. Królewski charakter mają także dwa najnowsze rysunkowe autoportrety artystki: „Królowa malarstwa z głowami” i „Królowa malarstwa z Kusamą”. Poza charakterystycznym dla Apolonii motywem królowej malarstwa, mamy tu także typowy dla niej kolaż wielu twarzy wyciętych z innych własnych prac, doprawiony głowami wyciętymi z polskich znaczków pocztowych. 

Edward wielokrotnie malował i rysował swoją córkę. 

Na wystawie zobaczymy jej trzy portrety. Pierwszy to nigdy wcześniej niepokazywany publicznie klasyczny portret siedzący, do którego Pola pozowała w wieku niespełna 11 lat. Drugi to malowany z wyobraźni portret w obrazie „Piramida”. Trzecim jest mały zgrabny rysunek „Kolacja po wywiadówce’’ wykonany przez Dwurnika spontanicznie przy stole podczas tytułowej kolacji. Apolonia również wielokrotnie portretowała ojca, a na rybnicką wystawę stworzyła obraz „Autoportret, autoportret”, na którym z rozwianym włosem prezentuje widzom wczesne ołówkowe autoportrety ojca. 

Apolonia Dwurnik i Edward Dwurnik, córka i ojciec, uczennica i nauczyciel. Gdy Pola była małą dziewczynką całe dnie przesiadywała w pracowni taty i ochoczo wyciągała rękę po pędzel. Gdy miała pięć lat, w 1984 roku, wspólnie namalowali kilka wielkoformatowych obrazów. Jeden z nich, „Po trzydziestu pięciu latach” włączyliśmy do naszej prezentacji. Dolna partia płótna, jasna i barwna, to wizerunki kilku osób, namalowane przez Polę. Górną część obrazu spowija mrok, a z głów wyzierających z ciemności wyrastają krzyże. Skontrastowanie radosnej kreski dziecka z ponurą powagą obrazu dorosłego nadaje pracy głęboko egzystencjalną wymowę. Tytułowe trzydzieści pięć lat różnicy wieku między autorami opowiada o upływie czasu i zmieniającej się wraz z nim perspektywie na świat. Przy czym użyte przez autorów środki są proste: ludzka sylwetka, ludzka twarz i ekspresja barw. 

Za życia Edward Dwurnik miał około sto wystaw indywidualnych i wziął udział w ponad trzystu wystawach zbiorowych ale tylko raz zestawiono jego sztukę z pracami Poli Dwurnik. 

Wystawa ta odbyła się w legendarnej „Pracowni Dziekanka” w Warszawie jesienią 1985 roku. Pola miała wówczas sześć lat i była to pierwsza wystawa w jej życiu. Pokazano na niej rysunki i grafiki Edwarda poddane „interwencjom” wizualnym Poli, wykonanym za pomocą ołówka i kredki oraz wiele rysunków samej Poli, która w tym czasie intensywnie rysowała własne historie o zwierzętach i ludziach. Od tej wystawy upłynęło czterdzieści lat. Edwardowi i Poli wielokrotnie proponowano wspólną wystawę, ale Pola nigdy więcej się na taką prezentację nie zgodziła. Choć zawsze w kontakcie i przyjaźni z ojcem, skoncentrowała się na własnej drodze twórczej, indywidualnej i niezależnej od działalności i kariery ojca. Wystawa w Rybniku jest pierwszą po czterdziestu latach publiczną prezentacja prac ojca i córki.

Apolonia Dwurnik

ENGLISH BELOW

4 pory… obecności to moja opowieść o kobiecie, która nie potrzebuje imienia, by być boginią. Na przestrzeni ostatnich lat tematyka moich prac oscylowała wokół temperatur emocjonalnych przenikających kobiecą treść istnienia – jej wyjątkowość, wręcz nadprzyrodzoną siłę tworzenia, łączność z naturą ale i utratę siebie na poczet nowej. Nie odwołuję się do jednej, konkretnej postaci – ona jest współczesnym określeniem „obecności” kobiecej energii, wpisanym jednocześnie w cykl natury, w porządek świata, umysłu i emocji. Jej ciało nie jest granicą, lecz miejscem przejścia: raz promieniuje ku górze złotymi nićmi, raz rozpuszcza się w barwie, we mgle, w cieniu.

Tytuł świadomie odrywa się od dosłownych pór roku, zachowując jedynie ich rytm – cztery odsłony tego samego stanu bycia kobietą – jednocześnie, jako różne stany skupienia tej samej siły. Prace zebrane w cyklu pokazują ciało, które nigdy nie jest zamkniętą, stabilną formą z wytyczoną granicą. Prawie zawsze jest w trakcie stawania się, rozpuszczania lub wyłaniania – otoczone nićmi, liniami, pasmami koloru, które przekraczają granicę skóry i łączą postać z tym, co ją otacza. Nić, korzeń, promień i smuga barwy stają się w moich pracach głównym motywem, wizualnym opowiadającym o przenikalności ciała i psychiki.

Kolorystyka podąża za emocjonalnym rytmem cyklu – od stłumionej, dymnej ciemności, przez zmysłową, rozlaną paletę błękitów i różu, po ziemiste, rdzawe napięcie i chłodny, wygaszony mrok. Zmienia się też stopień rozpuszczenia formy: od sylwetki ledwie wyłaniającej się z tła, przez ciało całkowicie stopione w kolorze, po postać niosącą w sobie ciężar i wreszcie zanikającą w bezkształtnej mgle. 

To nie ilustracja wierzeń, lecz ich ślad – pamięć o tym, że kobiecość od zawsze nosiła w sobie coś nieoswojonego i świętego. Ubrana jest  jednocześnie w kruchość i wrażliwość wtopioną w siłę, moc i upór.  Współczesność stara się tę wielowymiarowość oswoić, spłaszczyć, uczynić bezpiecznym. Wystawa się temu wymyka.

Obecność, o której mówi cykl, nie jest bierna. To aktywna forma trwania – w ciele, w naturze, we wszechświecie – niezależna od spojrzenia z zewnątrz, niepotrzebująca potwierdzenia, by istnieć w pełni. Kobieta w tych obrazach nie przedstawia natury ani boskości – ona jest jednym i drugim, w każdej ze swoich czterech, jednocześnie obecnych, odsłon.

Katarzyna Koch

ENG

4 Seasons… of Presence is my story about a woman who needs no name to be a goddess. Over the past few years, the subject matter of my work has revolved around the emotional temperatures permeating the feminine substance of existence – its uniqueness, its almost supernatural power of creation, its connection to nature, but also the loss of self in favor of a new one. I am not referring to one specific figure – she is a contemporary expression of the „presence” of feminine energy, inscribed at once in the cycle of nature, in the order of the world, the mind, and the emotions. Her body is not a boundary but a place of passage: at times radiating upward in golden threads, at times dissolving into color, into mist, into shadow.

The title deliberately breaks away from the literal seasons of the year, retaining only their rhythm – four scenes of the same state of being a woman, at once different states of aggregation of the same force. The works gathered in the cycle show a body that is never a closed, stable form with a defined boundary. It is almost always in the process of becoming, dissolving, or emerging – surrounded by threads, lines, streaks of color that cross the boundary of the skin and connect the figure with what surrounds it. Thread, root, ray, and streak of color become the main motif in my work, a visual language telling of the permeability of body and psyche.

The color palette follows the emotional rhythm of the cycle – from muted, smoky darkness, through a sensual, diffused palette of blues and pinks, to an earthy, rust-toned tension and a cool, extinguished gloom. The degree to which the form dissolves also changes: from a silhouette barely emerging from the background, through a body completely melted into color, to a figure carrying weight within itself, and finally fading into shapeless mist.

This is not an illustration of beliefs, but their trace – a memory that femininity has always carried within it something untamed and sacred. She is clothed at once in fragility and sensitivity fused with strength, power, and persistence. The contemporary world tries to tame this multidimensionality, to flatten it, to make it safe. The exhibition escapes that.

The presence spoken of in this cycle is not passive. It is an active form of endurance – in the body, in nature, in the universe – independent of the outside gaze, needing no confirmation to exist fully. The woman in these paintings does not represent nature or divinity – she is both, in each of her four, simultaneously present, incarnations.

Katarzyna Koch

ENGLISH BELOW

W moim fotograficznym projekcie Terra Innominata odsłaniam kawałek mitycznego lądu gdzie zaczyna i kończy się uniwersalna wędrówka po meandrach ludzkiej psychiki, która często wybiera cień na swoje schronienie. Ukazane miejsca to efekt przenikania przestrzeni i emocji, to mapa lądu pełnego miejsc ważnych, nieobojętnych naszej duchowości, mocno jednak niejednoznacznych, często melancholijnych i ulotnych, przez co niemożliwych do nazwania. Obrazy to opowieści, w których czas zaciera wspomnienia o rzeczywistości pozwalając naszej osobowości przeniknąć do ukrytych znaczeń, przeżyć, napięć.

Posługuję się tu techniką wielokrotnej ekspozycji. Poprzez ten zabieg unikam jednoznaczności, gubię punkt odniesienia. Sprawiam, że widz staje naprzeciwko innego, stworzonego przez multiplikację przenikających się wzajemnie obrazów, zupełnie odrębnego wizualnie świata. Nie są to już pejzaże zapisywane w rzeczywistości – stają się pretekstem, by poprzez nie przeniknąć do indywidualnych stanów ducha.

Fotografie zamykam w formy tryptyków i dyptyków. Wzajemne oddziaływanie zestawionych obrazów rozszerza horyzont, wydłuża podróż, wypełnia przestrzeń echami podobieństwa symboli czy miejsc. Mnogość obrazów nasyca roztaczany przed nami świat podświadomości.

Pejzaż (jak i cała fotografia) – nigdy nie jest obiektywny. Możemy tylko negocjować ilość osobistej wizji. W pejzażach Marcina Kurana sprawa jest pod tym względem prostsza. Tu nie tylko wybór kadru czy format coś znaczą. Tych pejzaży po prostu nie ma w realnym świecie. Są może miejsca podobne, wyglądające jakby tu. Staramy się odizolować obrazy, działamy na logikę, w końcu się dowiemy. No ale nie.

Reminiscencje. Jeśli porzucimy potrzebę odnajdowania miejsc, rozpoznawania tych przestrzeni, szukania w pamięci podobieństw, sprawa staje się prostsza. Teoretycznie. Bo nie o miejsca w ogóle chodzi. Bardziej o stany, o kompozycje, z którymi zagramy. Coś zarezonuje.

Kuran od przeszło 20 lat fotografuje głównie techniką wielokrotnej ekspozycji. Tylko on rozpoznaje te miejsca. Nawet nie tyle umiejscawia w przestrzeni, co na jakiejś emocjonalnej mapie. Tu się coś zdarzyło, padł promień światła, tam liście/trawy/kamienie ułożyły się w swój unikalny obraz. Te zaś stały się źródłem przeżycia, chwili, napięcia. Miejsca, których nie ma, nie zostały nazwane, sklasyfikowane, zdobyte. Chociaż trochę zdobyte jednak tak, po to by przekazać zupełnie inne treści. W tych kadrach nie ma jednoznaczności, nie ma jednego pewnika. Nałożenie kadrów w momencie ekspozycji stwarza kompletnie inny świat. Wydaje się, że potrzeba zupełnie innych map niż nam znane, by się w tym świecie poruszać. Ale my mamy wszystkie narzędzia by się w tym świecie odnaleźć. Autor nas prowadzi. To już nie jest tylko jego świat i jego przeżycia.

tekst: Joanna Kinowska

BIO

Marcin Kuran – rocznik ‘75. Absolwent Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego oraz Warszawskiej Szkoły Fotografii, którą ukończył dyplomem w pracowni dr. hab. Mariana Schmidta zatytułowanym „Pejzaże wewnętrzne”. Artysta posługuje się głównie techniką wielokrotnej ekspozycji nadając swoją wizję otaczającej go rzeczywistości. Uczestniczył w wystawach zbiorowych i tworzył wystawy indywidualne Opolski Festiwal Fotografii – 2023r., Galeria Ratusz (Zamość 2024), Galeria Dobro – MOK (Olsztyn 2025). Debiutował również prezentacjami multimedialnymi na festiwalach artystycznych: FotoFestiwal (Łódź 2004), PROGRESSteron (Katowice 2005). Autor mieszka i pracuje w niewielkiej mazurskiej miejscowości Likusy oraz w Warszawie.

ENG

In my photographic project Terra Innominata, I reveal a fragment of a mythical land where the universal journey through the winding paths of the human psyche begins and ends—a place where the shadow so often becomes its refuge. The landscapes presented here emerge from the convergence of space and emotion, forming a map of places that are deeply significant to our inner lives, yet remain profoundly ambiguous, melancholic, and fleeting, resisting any attempt to name them. These images tell stories in which time erases the memory of reality, allowing our consciousness to enter hidden meanings, emotions, and tensions.

Throughout the project, I employ the technique of multiple exposure. By layering images, I deliberately evade certainty and dissolve fixed points of reference. The viewer is confronted with a world born from the multiplication and interpenetration of images—a visual realm entirely distinct from the one we inhabit. These are no longer landscapes recorded from reality; rather, they become a gateway into individual states of mind.

The photographs are presented as diptychs and triptychs. The dialogue between adjacent images broadens the horizon, prolongs the journey, and fills the space with echoes of recurring symbols and places. Their multiplicity enriches the subconscious world that gradually unfolds before the viewer.

Landscape—as with photography itself—is never objective. At best, we can negotiate the extent of personal vision it contains. In Marcin Kuran’s landscapes, however, the matter is in some ways simpler. Here, meaning lies not only in the choice of frame or format. These landscapes simply do not exist in the real world. There may be places that resemble them, places that seem almost familiar. We instinctively try to isolate the images, to apply logic, convinced that sooner or later we will identify them. But we never do.

Reminiscences. Once we abandon the need to locate these places, to recognise them, or to search our memory for their real-world counterparts, everything becomes easier—or so it seems. For this work is not really about places at all. It is about states of being, about visual compositions that invite us into dialogue. Something begins to resonate.

For more than two decades, Kuran has worked primarily with the technique of multiple exposure. Only he recognises these places. Rather than locating them geographically, he situates them on an emotional map. Here, something once happened; there, a shaft of light appeared; elsewhere, leaves, grasses, or stones arranged themselves into a singular image. Each became the source of an experience, a fleeting moment, a subtle tension. These are places that do not exist—places that have never been named, classified, or conquered. And yet, in a sense, they have been explored, only so they might communicate something entirely different.

There is no single certainty in these images, no definitive interpretation. The layering of exposures gives rise to a world that exists according to its own logic. It seems to require maps unlike any we have known. Yet we already possess every tool needed to navigate it. The artist becomes our guide. What unfolds before us is no longer solely his world or his experience—it gradually becomes our own.

Exhibition text by Joanna Kinowska

BIO

Marcin Kuran (b. 1975) is a Polish photographer and visual artist. He graduated from the Faculty of Management at the University of Warsaw and from the Warsaw School of Photography, where he completed his diploma project, Inner Landscapes, under the supervision of Dr. hab. Marian Schmidt.

Kuran’s artistic practice is centred on the technique of multiple exposure, through which he constructs his own distinctive vision of the surrounding world. His work has been presented in numerous group and solo exhibitions, including the Opole Festival of Photography (2023), Ratusz Gallery in Zamość (2024), and Dobro Gallery at the Municipal Centre of Culture in Olsztyn (2025). Earlier in his career, he presented multimedia projects at major photography and art festivals, including FotoFestiwal in Łódź (2004) and PROGRESSteron in Katowice (2005).

The artist lives and works between the small Masurian village of Likusy and Warsaw.

ENGLISH BELOW

Jestem rybnickim artystą niezależnym: fotografem, producentem muzycznym i animatorem kultury. Jestem też wieloletnim członkiem kolektywu fotografików „M6”. Urodziłem się w Rydułtowach i od dzieciństwa jestem mocno związany ze Śląskiem, jego kulturą i historią. Z tego też względu, odkąd zamieszkałem w Rybniku traktuję całe to miasto jak swój dom i własną artystyczną pustelnię. Moją pasją jest eksploracja przestrzeni miejskiej aby poznawać ją z bliska i być w niej dobrym mieszkańcem, gospodarzem i jej reprezentantem.

W swojej twórczości nawiązuję szeroko do kultury ulicy, która wyraża się w sposób organiczny poprzez stan przestrzeni publicznej utrzymywanej i uczęszczanej przez ludzi oraz przez artefakty w niej się znajdujące. Interesują mnie detale budynków, elementy infrastruktury, parki i miejsca rekreacji, a także przedmioty i samochody, które spotykam w czasie swojej eksploracji. Nierzadko widoki skupiające moją uwagę mają w sobie aspekt nieco humorystyczny pokazując drobne usterki, efekty wandalizmu bądź specyficznego użytkowania infrastruktury miejskiej. Zdjęcia te jednak nie mają w żaden sposób oceniać fotografowanego stanu rzeczy a jedynie uwieczniać to co jest dla mnie bliskie i swojskie.

Wśród legend fotografii największym idolem jest dla mnie William Eggleston, który w 1976 roku zadebiutował w nowojorskim MoMA wystawą zdjęć odróżniających się od kanonu ówczesnej sztuki. Eggleston skupia bowiem swoją uwagę na kadrach codziennych: na żarówce zwisającej z sufitu, na rowerku dziecięcym porzuconym na parkingu, na zderzaku samochodu zaparkowanego przy zaśmieconym krawężniku. Wśród odbiorców jego sztuki ukute zostało określenie „fotografia demokratyczna”, które wydaje się być doskonałe dla zwięzłego opisania gatunku, do którego zaliczyłbym swoją twórczość.

W 2024 roku we współpracy z Muzeum im. o. Emila Drobnego w Rybniku, wydałem książkę fotograficzną pt. „Prymityw”. Tytuł ten na wielu płaszczyznach koresponduje z tematyką moich zdjęć przez dekompozycję wielu znaczeń tego słowa. Kulturę ulicy można interpretować jako prymitywną, nieokrzesaną. Fotografia analogowa – moje podstawowe medium – w dobie nowoczesnej fotografii cyfrowej również może być uznana za technikę prymitywną.

„Prymityw” to także termin w geometrii określający podstawową figurę, która jest elementem składowym bardziej złożonych kształtów. W swojej pracy twórczej bardzo często poświęcam uwagę geometrycznym relacjom pomiędzy obiektami przedstawionymi w kadrze. Nierzadko znajduję kompozycje składające się z korespondujących ze sobą elementów, które w kontekście wykonanego zdjęcia wydają się opowiadać swoją historię lub inspirować do zadawania pytań o celowość lub przypadkowość relacji pomiędzy nimi.

Wystawa „Prymityw” przedstawia selekcję fotografii zarówno kolorowych jak i czarno-białych, tworzących cztery zestawy obrazów reprezentujących trzy kategorie dominujące w moim portfolio: miejskie krajobrazy, uliczne detale oraz wszechobecne samochody. Prezentując ten zestaw zdjęć pragnę zaprosić odbiorców do podjęcia próby dostrzeżenia piękna w widokach zwyczajnych, czasem prostych a wręcz prymitywnych, ale jednak będących nieodłącznymi składowymi codziennego życia w Rybniku.

ENG

I am an independent artist: photographer, music producer and culture animator. I am also a longtime member of “M6” photographer’s collective. I was born in Rydułtowy and from childhood have been strongly tied to Silesia, its culture and history. Because of that, when I settled in Rybnik I started regarding the whole city as my home and my artistic hermitage. I like to indulge in exploration of the city’s space to experience it closer and be a good citizen, host and representative of it.

My artistic work relates widely to the street culture which expresses itself in an organic way through the condition of the environment maintained and attended by people, and through the artifacts that can be found in it. I’m drawn to details of buildings, elements of infrastructure, parks and recreation spaces as well as specific things and cars left in public spaces. My attention often focuses on some humorous aspects through exposing small defects, aftermath of vandalism or curious uses of city’s infrastructure. However, my photographs are not meant to judge the subject but rather depict what is close and homely for me.

Among legends of photography one that I admire the most is William Eggleston who in 1976 debuted in NY’s MoMA with an exhibition that distinguished itself from the canon of art at the time. That’s because Eggleston focuses on daily snapshots: a light bulb hanging from the ceiling, a kid’s tricycle left on a parking spot, a bumper of a car parked near littered curb. Commentators of his works coined the term „democratic photography” which seems to be a perfect way to describe the genre that my work fits into.

In 2024, together with Fr Emil Drobny Museum in Rybnik I released a photo book titled „Prymityw”. The title (a polish word meaning „primitive”) on many levels corresponds with the topic of my art through a decomposition of the many meanings of the word. The street culture can be interpreted as primitive and wild. Analog photography – my chosen medium – in light of the contemporary digital technology also can be regarded as primitive.

The term „primitive” is also used in geometry to describe a basic shape than may be a building block of some bigger structures. In my photographic work I’m paying special attention to geometric relations between depicted subjects. I frequently find compositions of elements corresponding to each other that seem to be telling some kind of story in the context of the photo. These compositions may inspire wonder about the real relatedness or randomness of these connections.

The exhibition „Prymityw” presents selection of photographs, both color and black-and-white, which form four sets of pictures representing three categories that are the most dominant in my portfolio: cityscapes, street details and omnipresent automobiles. By sharing these works I would like to invite the audience to try to notice beauty in views that are ordinary, sometimes simple or even primitive, but which nevertheless are inseparable parts of the daily life in Rybnik.

W każdy wtorek w Zespole Edukacyjno-Artystycznym „Przygoda” spotyka się grupa 11 młodych osób, których łączy nie tylko fotograficzna pasja, ale też zwyczajna radość bycia razem. Od kilku lat konsekwentnie rozwijają swój warsztat, eksperymentują, uczą się patrzeć uważniej i opowiadać historie za pomocą kadrów.

Inspiracji szukają wszędzie podczas spacerów po Rybniku. W parkowych alejkach, ale i w tętniącym życiem Śródmieściu. Chętnie dokumentują codzienność swojej placówki, dostrzegając piękno w pozornie zwykłych momentach.

Ich zaangażowanie przynosi efekty. Mają już na koncie wystawy w Edukatorium Juliusz, a teraz zaprezentują swoje prace w Galerii Sztuki Rzeczna. Ekspozycja „Różne oblicza Rybnika” to nowe spojrzenie na dobrze znane nam miejsca. Pokazane z perspektywy bardzo młodych oczu, pełnych wrażliwości i ciekawości świata.

Fotografia bywa próbą ocalenia świata – zanim zdąży się zmienić, rozpłynąć, zniknąć. Jak zauważył Henri Cartier-Bresson, jest zatrzymaniem rzeczywistości w jej najbardziej ulotnym momencie. Susan Sontag widziała w niej świadka czasu, Roland Barthes – świadomy wybór tego, co warte zapamiętania, a Andrzej Zygmuntowicz – pamięć wzroku, która trwa mimo przemijania.

Wystawa „Różne oblicza Rybnika” wyrasta właśnie z takiej potrzeby zatrzymania chwili. To zapis spojrzeń młodych twórców z Zespołu Edukacyjno-Artystycznego „Przygoda”, którzy przez ostatni rok uważnie przyglądali się przestrzeni swojego miasta. Ich fotografie nie są jedynie dokumentacją – są interpretacją, emocją, próbą uchwycenia tego, co często umyka w codziennym pośpiechu.

W kadrach odnajdziemy dobrze znane miejsca: zabytkową Kopalnię Ignacy, miejskie parki, okolice rynku czy tętniący życiem deptak. Jednak dzięki wrażliwości autorów zyskują one nowe znaczenia – stają się opowieścią o świetle, rytmie miasta i relacji człowieka z przestrzenią. Obok pejzażu miejskiego pojawiają się także obrazy życia artystycznego samego Ogniska, uchwycone z bliska, z uważnością i autentycznym zaangażowaniem.

Każde zdjęcie na tej wystawie jest śladem chwili, która już minęła, a jednak wciąż trwa – zatrzymana w obrazie. To zaproszenie do spojrzenia na Rybnik na nowo: wolniej, uważniej, z ciekawością. Bo być może właśnie w tych fragmentach codzienności kryją się historie, które najłatwiej przeoczyć.

English below

W swojej praktyce Swoboda koncentruje się na zjawiskach, które z powodów historycznych, ideologicznych lub strukturalnych utraciły swoją sprawczość lub zostały wyparte z dominujących narracji. Interesują go obszary nieoczywiste, funkcjonujące poza stabilnymi kategoriami znaczeń – rekonstruowane z pozycji pamięci, rozmowy, śladu i przeczucia. Artysta podejmuje próbę dotarcia do pierwotnego doświadczenia języka, anatomii ciała i terytorium, traktując je jako pola napięć pomiędzy tym, co indywidualne, a tym, co systemowo narzucone.

Jego projekty często przyjmują formy o „niejednoznacznej tożsamości”, wymykające się jednoznacznemu przyporządkowaniu do dyscyplin artystycznych czy porządków społecznych. Swoboda operuje kategoriami braku, zawieszenia i negacji (takimi jak nie-sport, brak-architektura czy areligijność), aby badać mechanizmy normalizacji, wykluczenia i kontroli.

Centralnym wątkiem jego twórczości jest konsekwentne badanie granic – między człowiekiem a zwierzęciem, naturą a kulturą, wolnością a zamknięciem. Wykorzystując architekturę ogrodów zoologicznych jako narzędzie analizy, artysta ujawnia, w jaki sposób sztucznie konstruowane przestrzenie przekształcają żywe istoty w obiekty ekspozycyjne, a ludzkie spojrzenie staje się narzędziem dominacji. W tym kontekście zoo funkcjonuje jako metafora terytorium wykluczenia, w którym powracają echa kolonialnych praktyk podporządkowywania, klasyfikowania i narzucania władzy.

Prace Swobody nie proponują prostych rozwiązań ani jednoznacznych ocen. Zamiast tego stawiają pytania o możliwość przekroczenia antropocentrycznych granic i wypracowania form współistnienia opartych nie na kontroli, lecz na uważności, empatii i odpowiedzialności wobec innych form życia.

Bio artysty

Tom Swoboda – artysta wizualny, edukator. Jego praktyka koncentruje się na analizie mechanizmów widzenia, relacji władzy oraz granic pomiędzy tym, co ludzkie i nieludzkie. Odwołując się do architektury instytucjonalnej, przyrody, pamięci miejsca i doświadczenia stanów przejściowych, buduje oszczędne, precyzyjne struktury wizualne, w których obraz funkcjonuje jako narzędzie krytyczne. 

Ukończył Studium Kultury Starojapońskiej, Czerwionka-Leszczyny, studiował na Wydziale Rzeźby ASP we Wrocławiu, uzyskał tytuł doktora sztuki na ASP w Katowicach. Współzałożyciel Galerii Szara w Cieszynie, Galerii 12 w Cieszynie. Współtwórca i prowadzący The Undergrand Art Centre w Clitheroe UK. Pomysłodawca międzynarodowego projektu rezydencji artystycznych Incydenty w Cieszynie, Czeskim Cieszynie, Bielsku-Białej i Wielkiej Brytanii.

Finalista i laureat międzynarodowych konkursów: stypendysta projektu „Artysta w Czasach Beznadziejności. Najnowszy wybór sztuki polskiej” (2015) Galeria BWA we Wrocławiu, wybór kuratorski Zbigniewa Libery. LensCulture Portrait Awards (2018), Sony World Photography Awards (2018), open call BWA w Bydgoszczy (2024), open call PIX House (2025), artysta rezydent BWA Bydgoszcz i Białowieskiego Parku Narodowego (2026). 

Artysta reprezentowany przez Galerię ESTA w Gliwicach min. na Warsaw Gallery Weekend (2025), Art Warsaw Miodowa (2025), Art Collect Katowice (2026)

ENG.

Tom Swoboda
Image in a Working State

Tom Swoboda’s practice emerges from the experience of place and from an ongoing negotiation between image, memory, and space. Upper Silesia remains its central point of reference – understood not as geography, but as a landscape shaped by experience. It is a place built from tensions: between the industrial and the organic, the private and the collective, the real and the remembered. For the artist, landscape is never merely a background; it becomes a structure of memory, a record of traces, absences, and relations.

Swoboda’s way of thinking has also been shaped by an unconventional educational path. His education in mining schools, grounded in a technical understanding of space and structures, developed alongside studies in Old Japanese Culture. These seemingly distant experiences formed a language in which materiality meets an understanding of the image as relation, process, and transformation.

The artist approaches the image not as a representation of reality, but as an operational space. What interests him is not only what can be seen, but also the mechanisms that organise perception itself. Nature remains another important element within this practice – experienced both literally and through dreams, sound, and memory. It does not appear here simply as a subject of observation, but as an environment in which images and meanings continuously shift and transform.

A significant part of this practice is the long-term project Animal Space, dedicated to architecture created for wild animals and to territories shared by humans and other species. Here, documentary gradually transforms into a reflection on the limits of vision, proximity, and presence.

Image in a Working State presents a practice in constant motion – a narrative about places that cannot be fully recovered and images that never become final.

Curatorial text: Jacek Stapowicz

DOSTĘPNOŚĆ

Słuch:
– zobacz film o wystawie w polskim języku migowym;
– weź udział w wernisażu wystawy z PJM, 12 czerwca 2026 r. o godz. 18:00;
– weź udział w oprowadzaniu tłumaczonym na PJM w dniu: 
17 lipca o godz. 18:00 oprowadza dr Tom Swoboda.
– wypożycz bezpłatnie w kasie słuchawki wygłuszające dla dzieci i dorosłych.

Dotyk:
– na ekspozycjach możesz dotykać pomocy dotykowych i tyflografik do wybranych obiektów.

Wzrok:

Inne:

– przeczytaj przewodnik po wystawie w tekście łatwym do czytania i rozumienia (ETR), dostępny cyfrowo;
– możesz skorzystać z asysty w dojściu do Galerii z przystanków w centrum miasta;
– możesz wejść do Galerii z psem – przyjacielem, nie tylko z przewodnikiem czy asystującym;
– sprawdź dostępność naszego budynku w deklaracji dostępności.